Ale świat jest mały, a ludzkie losy przeplatają się w najmniej oczekiwanych momentach. Dla mnie ten dzień zawsze niesie ze sobą bardzo osobiste, przeszywające dreszczem refleksje.
W wakacje 1999 roku moja córka, będąc jeszcze studentką, wojażowała z dwoma koleżankami ze studiów po Stanach Zjednoczonych. Jednego z tych słonecznych dni zwiedzały Nowy Jork. Los sprawił, że ich kroki skierowały się prosto pod potężne bliźniacze wieże World Trade Center. Wspólnie spacerowały po wielkim parterze tego kompleksu, chłonąc atmosferę Ameryki i ciesząc się studencką wolnością. Znalazły się tam we właściwym czasie – ich wakacje się skończyły, wróciły bezpiecznie do Polski, do domu.
Dwa lata później, w ten pamiętny wtorkowy wrzesień, świat nagle zamarł. Doskonale pamiętam tamtą chwilę. Byłam wtedy w Płocku. Jechaliśmy z mężem samochodem ulicą Kilińskiego, kiedy z głośników radia popłynął ten pierwszy, zatrważający komunikat. Trudno mi było w to uwierzyć, to brzmiało jak nierealny scenariusz filmowy.
Właśnie miałam uzupełnić wyposażenie na nasz zaplanowany, kilkudniowy złaz nad morzem. Ogarnięta niepokojem i myślą o córce, która przecież niedawno tam stała, zaczęłam gorączkowo dzwonić do organizatora oraz współuczestników wyjazdu, będąc przekonana, że w obliczu tak potwornej tragedii wszystko zostanie odwołane. Niestety – a może na szczęście – życie musiało toczyć się dalej. Pojechaliśmy, ale pobyt nad morzem w tamte dni stał się dla mnie jednym z najsmutniejszych urlopów w życiu. Szum fal nie przynosił ukojenia, a w głowie bez przerwy kołatały się obrazy z Nowego Jorku.
Kiedy patrzyłam na walące się wieże, przed oczami miałam ten parter, po którym niedawno chodziło moje własne dziecko. Dla polskich studentów wrzesień to wciąż czas wolny poza murami uczelni. Moja córka i jej przyjaciółki miały ogromne szczęście, że ich czas w Nowym Jorku przypadł na inny rok.
Inni młodzi ludzie, turyści, pracownicy i marzyciele tego szczęścia nie mieli. O tej czarnej, porannej godzinie znaleźli się wewnątrz wież, stając się częścią tragedii, która nigdy nie powinna się wydarzyć.
11 września to przypomnienie, jak niesamowicie kruche jest nasze życie. Czasem o wszystkim decyduje przypadek, sekunda, właściwy rok lub właściwa godzina. Pamiętajmy o tych, którzy nie zdążyli wyjść poza tamte mury.

Napisz komentarz
Komentarze