Reklama

Po drugiej stronie hałasu

To, co robię, zaczyna przypominać to, przeciwko czemu występuję. Zrozumiałem, że jeśli pójdę krok dalej, przestanę mieć prawo krytykować kogokolwiek.

Wczorajsze kazanie z okazji święta Trzech Króli było dla mnie momentem zatrzymania. Nie dlatego, że mówiło coś nowego, ale dlatego, że pozwoliło zobaczyć coś wyraźniej. Zrozumiałem, że próbując odpowiadać na zło jego własnymi metodami, zacząłem się do tego zła upodabniać. Że w pewnym momencie, zamiast iść swoją drogą, zacząłem iść drogą Heroda - drogą lęku, kontroli i reakcji, oddaloną od tego, co zawsze było dla mnie punktem odniesienia. Od Boga - rozumianego niekoniecznie dogmatycznie, ale jako źródło sensu, dobra i miłości. I że jeśli dalej pójdę w tym kierunku, przegram nie z „nimi”, tylko z samym sobą.

Dlatego ten tekst jest próbą zatrzymania się, odzyskania właściwych proporcji i nazwania rzeczy po imieniu - bez naśladowania metod, które sam uważam za destrukcyjne.

Ten tekst nie powstaje jednak w emocjach. Powstawał na raty - przez ostatnie tygodnie. Między normalną pracą, bieżącą aktywnością publiczną (także ostrą), rozmowami i kolejnymi wydarzeniami. Z ciągłym ważeniem słów i liczeniem kosztów, bo w małych środowiskach słowa nie są abstrakcją - mają bardzo konkretne konsekwencje, często nie tylko dla autora. 

Piszę to dlatego, że w pewnym momencie milczenie przestaje być neutralne. Zaczyna być zgodą.

Miesiąc temu w Gostyninie doszło do śmierci samobójczej. Nie będę tej tragedii opisywał ani na niej budował emocji. Wspominam o niej wyłącznie jako o punkcie granicznym - momencie, w którym nawet osoby dotąd obojętne zaczęły zadawać sobie pytanie, czy presja, nagonka i publiczne insynuacje naprawdę kończą się na Facebooku i komentarzach, albo w zaciszu biur. Odpowiedź na to pytanie powinna paść w ramach rzetelnych procedur. I na tym ten wątek zamykam.

Piszę o tym, bo niemal w tym samym czasie sam, kilka dni wcześniej byłem publicznie oskarżany o manipulacje, o rozpowszechnianie fałszywych informacji. Podawano nieprawdziwe dane, mieszano fakty z insynuacjami - tylko po to, by zniszczyć moją wiarygodność oraz wiarygodność dziennikarzy, którzy w jakikolwiek sposób byli ze mną kojarzeni.

Szybko ta narracja rozsypała się sama. Nie dlatego, że ktoś miał odwagę ją odwołać - tylko dlatego, że nie dało się jej dłużej utrzymać. Po prostu przestała się spinać. Wtedy pojawiło się milczenie. A milczenie w takich sytuacjach jest formą wycofania się bez przyznania do winy.

To jednak nie jest opowieść o jednym kryzysie ani o ostatnich miesiącach. To jest opis mechanizmu, który w tym mieście działa od lat.

Dokładnie w ten sam sposób, przez lata, niszczono mojego dziadka - Włodzimierza Śniecikowskiego. Opluwanego, zaszczutego, obrzydzanego społeczeństwu z pełną świadomością i wyrachowaniem, mimo realnych zasług dla miasta. Nigdy nie został skazany przez żaden sąd za czyny, o które oskarżali go ci sami ludzie, których dziś tak bardzo boli krytyka. Dziesiątki postępowań wszczynanych na podstawie ich donosów kończyły się umorzeniami. To nie była walka o prawdę - to była próba złamania człowieka. Zaszczuty i pozostawiony z poczuciem głębokiej niesprawiedliwości, zmarł przedwcześnie, mając 69 lat. Resztę tej historii ludzie znają - nawet jeśli każdy opowiada ją dziś po swojemu. Tego już nie zmienię.

Dziś widzę ten sam schemat w wersji zaktualizowanej do współczesnych realiów - i właśnie dlatego to, co dzieje się teraz, nie jest dla mnie ani zaskoczeniem, ani „nowym konfliktem”, tylko kolejnym rozdziałem tej samej metody.

Od dawna funkcjonuje w naszym mieście niepisana zasada: możesz być „jakiś”, byle nie za bardzo. Możesz pracować, byle nie wyrastać ponad przeciętność. Ambicja traktowana jest jak prowokacja, a kompetencje jak zagrożenie. Jeśli ktoś zaczyna wyraźnie odstawać, należy go „sprowadzić do poziomu”. Jeśli nie da się tego zrobić wprost, wystarczy ustawić mu życie tak, żeby w końcu sam zniknął.

Agnieszka Korajczyk-Szyperska i Roman Augustyniak zatem nie pojawili się w tej historii w 2024 roku. Znamy się od lat. Zmieniły się stanowiska i skala oddziaływania - nie zmieniły się metody. Dziś to samo zachowanie i te same mechanizmy są po prostu „za nasze pieniądze” opakowane w eventy, muzykę, uśmiechy i komunikaty PR-owe. Gdy brakuje realnych dokonań, buduje się wrażenie działania. Gdy nie ma treści - daje się oprawę.

To działa, bo oprawa jest głośniejsza niż fakty. Bo konfetti skutecznie zagłusza pytania.

Mało kto chce jednak powiedzieć wprost, że brzydka część tej historii nie zaczęła się „teraz”. Zaczęła się, gdy byłem dzieckiem. Za nazwisko. Za rodzinę. Za dziadka. To nie były pojedyncze komentarze ani niewinne plotki. To była presja systemowa - tresura otoczenia.

Jako nastolatek nie dawałem sobie z tym rady. Wieloletnie leczenie depresji nie było kwestią „wrażliwości” ani abstrakcyjnego problemu psychicznego. Było skutkiem bardzo konkretnych działań bardzo konkretnych osób i ich otoczenia. Czy ktoś wtedy okazał mi współczucie? Nie.

„Wnuk złodzieja” - taki był klimat. Rozumiem to, bo w zgiełku medialnych doniesień prawda traci swą cenę.

Te doświadczenia mnie utwardziły. Straciłem naiwność i lekkość patrzenia na świat. Już nigdy nie będę wolny od czujności. Ale z tej perspektywy wiem jedno: mam dziś bardzo grubą skórę. I paradoksalnie - to także zasługa oprawców.

Ten sam schemat wracał później, już w dorosłym życiu. W ostatniej kampanii wyborczej tworzono mój obraz od zera - człowieka, którym nigdy nie byłem. Po kampanii to nie ustało. Bo to nigdy nie była zwykła polityczna rywalizacja. To była i jest próba spowodowania śmierci cywilnej: paszkwile, donosy, telefony do instytucji, „życzliwe ostrzeżenia” wysyłane tam, gdzie mogły wyrządzić realną szkodę. Ludzie, o których piszę, są bezwzględni. Próbują odbierać prawo do życia, do pracy, do normalnego funkcjonowania. Nie tylko mi.

Przechodząc do faktów.

Gdy ponad rok temu dostałem się do szkoły doktorskiej - jeszcze w dniu ślubowania - do rektora trafił paszkwil. Pytania nie dotyczyły projektu badawczego ani dorobku naukowego. Brzmiały: „skąd się wziął” i „kto go wpuścił”. To zdanie mówi wszystko o autorach tych działań. Ludzie, którzy znają wyłącznie drzwi otwierane układem, nie potrafią uwierzyć, że ktoś przeszedł przez rekrutację: dorobek, projekt, rozmowa z komisją profesorów. Nie mieści im się w głowie, że w szkole doktorskiej to uczelnia płaci doktorantowi - a nie odwrotnie.

To nie był spór o tytuły. To był spór o standardy.

W świecie, w którym normą są dyplomy kupowane za czesne i kariery budowane na bezczelności, nauka i kompetencje wyglądają jak podejrzane odstępstwo.

Gdy rozpocząłem pracę w Gminie Nowy Duninów, mechanizm zadziałał ponownie. Mój przełożony odbierał sygnały, że popełnił „ogromny błąd”, zatrudniając mnie. Pomówienia trafiały do posłów, urzędników i instytucji. Tymczasem była to zwykła rekrutacja: doświadczenie, kompetencje, rozmowa kwalifikacyjna. Bez politycznego klucza. Każdy, kto brał w niej udział, zna prawdę.

Ja - koniec końców - poradziłem sobie całkiem nieźle. Ale to nie jest reguła.

Wielu ludzi, których nazwisk nie chcę tu wymieniać, a którzy nie podporządkowali się lokalnemu nowemu porządkowi, poniosło realne konsekwencje: zawodowe, finansowe, psychiczne. W tym mieście granicą nie jest już prawda. Granicą jest moment, w którym przestają oddzwaniać. Gdy przestają - znaczy, że mechanizm zadziałał. Najczęstsza rada brzmi: wyjedź. Zniknij. Przestań przeszkadzać.

Muszę też jasno odnieść się do powracających insynuacji dotyczących mojego nazwiska. Sugestie, że była to „zagrywka polityczna”, są nieprawdziwe i zwyczajnie obraźliwe - także wobec mojego dziadka. Była to decyzja o ciągłości rodziny i uhonorowaniu osoby dla mnie fundamentalnie ważnej, podjęta bez związku z polityką i długo przed wyborami, o których nawet wówczas nie myślałem. Wszak politycznie to żadne ułatwienie, lecz „naznaczenie”. Wciąganie tego w bieżące narracje polityczne nie jest interpretacją. Jest kłamstwem.

W lokalnej debacie celowo zaciera się dziś jedną zasadniczą różnicę, bo ona psuje dekorację. Są ludzie, którzy robią rzeczy z własnych pieniędzy i bez fanfar. Są prywatne programy stypendialne, filantropia bez dotacji, grantów i tabliczek sponsorskich. W ramach naszej rodzinnej fundacji wspieramy różne osoby i instytucje - i zwykle się tym nie chwalimy. A są też tacy, którzy robią fanfary z cudzych pieniędzy. W Gostyninie łatwo pomylić jedno z drugim, bo głośniki są głośniejsze niż fakty, a na plakatach zawsze widnieje „partner wydarzenia”.

Podobnie jest z oceną „rozwoju miasta”. Historię mierzy się tym, co realnie powstało. Poza kilkoma dużymi inwestycjami z czasów Pawła Kalinowskiego niewiele nowego powstało tu od czasów Włodzimierza Śniecikowskiego. To nie sentyment. To obserwacja, którą widać w przestrzeni. A mimo to wciąż wygrywa muzyka i światło.

Jest też coś, co porządkuje całą tę historię, choć rzadko o tym mówię. Jestem piątym pokoleniem samorządowców, czy lokalnych działaczy, w mojej rodzinie. To nie jest dla mnie epizod, hobby ani narzędzie do budowania kariery. Samorządność, odpowiedzialność za wspólnotę i za miejsce, w którym się żyje, nie pojawiły się w moim życiu nagle. Są częścią rodzinnej ciągłości, etosu i zobowiązania. Dlatego nigdy nie traktowałem spraw lokalnych jak gry, ani jak okazji do autopromocji. To raczej ciężar odpowiedzialności niż przywilej - i być może właśnie dlatego tak bardzo uwiera tych, którzy widzą w polityce wyłącznie scenę, światło, własne odbicie i kasę, jakiej przedtem nie widzieli.

Od zmiany władzy w Gostyninie trwa raczej festiwal wrażeń niż epoka realizacji. Potańcówki, ruchy udające spektakularne, komunikaty większe niż to, co za nimi stoi. Niczego się nie buduje, ale wszystko ma wyglądać jakby już było zrobione - najlepiej w rytmie muzyki.

Na razie wielu jest tym skutecznie odurzonych, więc klimat do spokojnego komentowania rzeczywistości jest średni. W takim anturażu rozsądek przegrywa z postami w mediach społecznościowych.

Coraz wyraźniej widzę bowiem, że moja działalność lokalna przestaje przynosić dobro, a zaczyna generować koszty - dla mnie, dla mojej rodziny, dla zdrowia psychicznego, dla pracy naukowej i zawodowej. Ale i dla społeczeństwa. Zaczyna być lustrzanym odbiciem tych, których niegodziwość chciałem pokazać.

Dlatego wybieram święty spokój, przynajmniej na jakiś czas. Nie uciekam. Po prostu odmawiam dalszego udziału w spektaklu.

I jedno chcę powiedzieć jasno, choć kolejny raz: nie planuję ponownie kandydować na funkcję Burmistrza Miasta Gostynina. To cudze projekcje i cudze ambicje. Po to tylko, żeby osłabić wydźwięk patologii, którą niejednokrotnie ujawniałem.

Nie robiłem tego wszystkiego po to, by „za wszelką cenę” dojść do stołka. Nie interesuje mnie wieloletnie deptanie po ludziach w imię władzy, z której później nie potrafi się korzystać z godnością ani szacunkiem - do mieszkańców i do samego siebie.

Na koniec zostawiam pewną myśl.

Dziś parszywcy i donosiciele potrafią mamić ludzi tańcem i muzyką. To działa. Ale wartości człowieka nie mierzy się oprawą. Mierzy się realnymi dokonaniami. I tym, kim jest, gdy gaśnie muzyka.

Mało z Was zna mnie osobiście. Ponad dekadę mieszkałem daleko stąd.

Ale ilu zna naprawdę tamtych ludzi? Choć tę dekadę spędziliście obok nich. 

I dziś widzę, że żyjąc zbyt długo w bólu, niechęci i w doskonałej znajomości schematów osób, których prawdziwa twarz ginie w facebookowym hałasie, sam gdzieś po drodze straciłem wyraźne odniesienie. Po ludzku, jest mi z tym źle.

Dlatego właśnie wybieram ciszę, zamiast dalszego hałasu.

I z tą ciszą ten tekst zostawiam.


Podziel się
Oceń

NAJPOPULARNIEJSZE
Ogłoszenia
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama